„Camper”, reż. Łukasz Suchocki

Czapla i żuraw. Bajlando

Łukasz Suchocki swój semi-dokumentalny film tworzył w rzeczywistości objętej koronawirusową pandemią i tym samym historię fabuły również postanowił osadzić w lockdownowych realiach. W pierwszych scenach przedstawił parę bohaterów – Roberta (Michał Krzywicki) i Klaudię (Dagmara Brodziak) – będących w dość wypalonym związku. On, sfrustrowany, w zawodowym kłopocie, z zagwozdką. Ona, tuż po wizycie u fryzjera, z obciętymi na zapałkę włosami, pochłonięta buddyjskimi wierzeniami. Wspólnie oczekują zaproszonych wcześniej gości. „Postarajmy się, żeby wieczór był miły” zachęca partnera Klaudia i zapala palo santo wierząc, że dymiące kawałki drewienek oczyszczą gęstą, zakalcowatą energię, a rano znajomych przecież już ma nie być. Wkrótce przychodzą – Filip (Szymon Milas) i Wera (Aleksandra Jachymek). Są płatki z mlekiem, Corona w butelkach, wino, kreska kokainy wciągana nad umywalką, zabawy z pianinem, farbowanie włosów w wannie, potem zamykają oczy, coś sobie wyobrażają, i nagle „o kurwa”, budzą się w Niemczech. Wszyscy. W czwórkę. Camperem przez Francję, Włochy, wybrzeżem, do Madrytu. 

Bohaterowie Suchockiego są zmęczeni i samotni, każde tkwi w swojej własnej pomyłce. Błądzą po omacku w poszukiwaniu sensów. Błąkają się nie posiadając klucza dotarcia do siebie samych ani tymbardziej do siebie nawzajem. Towarzyszem im złość, poczucie beznadziei, obojętność, wina. Zapytują o logikę tego, co robią, czemu poświęcają swoje zdrowie, swój czas, uważność. Zastanawiają się jakimi przyczynkami podyktowane są wybory, których dokonują. Czy wierzysz we mnie? Czy dajesz wiarę sobie? Czy jestem dla ciebie ciężarem? Nie chcą być zależnymi od kogokolwiek, a sami dla siebie są niewystarczający. Rozczarowani, kiedy własna ambicja porażką, niespełniona wizja marzenia zawodem. Smutni żalem, bo rzeczy są jakie są. Wyobrażenia – iluzjami. Boją się strachem, że nie potrafią być sobą. Nie są w stanie siebie samych określić. A jakby tak choć raz w życiu poczuć się sprawczym, wziąć sprawy we władanie… A gdyby tak w końcu dotrzeć do własnego ja…

Bohaterowie filmu mierzą się z próbą umiejscowienia siebie samych na mapie życia, odnalezienia przynależności do konkretnej przestrzeni oraz dojścia do porozumienia ze swoim wewnętrznym ja. Królowie świata. Bogate dzieci. Możnowładcy tej planety. W jakim są wieku? Ile mają lat? Śmiech, wygłupy, żarty przecież nie mogą trwać bez końca, to nie na zawsze. Wiecznie tak nie będzie. Przychodzi czas, kiedy należy przestać nazywać się młodymi, niewinnymi ludźmi. Należy otworzyć drzwi do dorosłości, rozpostrzeć je na oścież, śmiało przekroczyć ich próg i iść. Bo przecież najciężej jest nie dojść, a ruszyć. Nawet jeśli perspektywa tam strachu, który blokuje, tymbardziej podjąć należy decyzję, nie odwracać się za siebie i w stronę tegoż strachu, wpierw krokiem nie nóg, a serca i głowy, wyruszyć. Tam najczęściej, wydarzać się będą rzeczy najpełniejsze i najpiękniejsze. Ważnym jest, żeby w drodze mieć cel i nigdy nie utracić ciekawości do ludzi, zainteresowania światem, nie poddać się zmęczeniu, nie zgubić zaangażowania na życie. Idąc nawet okrężnie, kręcąc się czasem w kółko, siebie samego poznając na nowo, dając sobie wolność, robiąc krok w tył, wracając na start, pozwalając sobie na błędy, ale wiedzieć ku czemu się zmierza. Nazwać swoje smutki, żale, złości, określić potrzeby, na głos powiedzieć czego się chce i za tym podążać.

„Camper” powstawał podczas podróży kręconej kamerą. Dialogi naturalnymi rozmowami były między aktorami, którzy nie zagrywając się na siłę, improwizowali. Bez rozpisanych scen, stworzyli kino, gdzie nie czuć wyuczonych na pamięć pauz zapisanych wcześniej na kartkach papieru. Mówili tym, co czuli. I jednocześnie wgryzając się w postaci, otwierali zakamarki skrywanych w sobie lęków, zapytań, próbowali zrozumieć siebie samych. Ugaszczali postaci w sobie, przytulali się do nich, rozpieszczali się w nich. Z małej ilości materiału, w ciasnej przestrzeni, w obecności kilku zaledwie osób, będąc ze sobą w szczerości, myśląc o sobie wzajemnie oraz ufając swoim intencjom, tworzyli, współodczuwali, czerpali ze swoich energii. Stworzyli kino, które jest czułością, wzajemnością, fragmentem prawdy o człowieku w konkretnym wieku, w rzeczywistym świecie, w tym co tu i teraz. A to wszystko autentycznym, niepowtarzalnym, ulotnym, uchwytnym tylko raz i jednocześnie tak prozaicznie zwyczajnym doświadczeniem. Ale największą sztuką jest, by tę zwyczajność i prostotę wziąć w ręce i potrafić ją umiłować. Film powstały przy użyciu niewielkich środków finansowych dodatkowo dowodzi, że sztukę tworzyć można z serca, emocją. 

„Camper” Łukasza Suchockiego jest eksperymentem nieplanowanej drogi, a kino drogę lubi. To ciekawe przeżycie, gdzie każdy kolejno przejechany kilometr, przystanek w mieście, spacer plażą, obcy napotkany człowiek, stary odwiedzony znajomy, przeradzają się w swoiście oczyszczające wydarzenie, jako lekcja od życia, z życia. Przecież wszechświat nieustannie obdarowuje nas znakami. Należy tylko być na nie uważnym i otworzyć się na ich przyjęcie. Zataczamy krąg, cały czas. Niekiedy wystarczy ułamek sekundy, muśnięcie, mrugniecie, mignięcie, a sprawy, które zdawały się być palącym problemem, tracą ciężar i okazują się być prostym bezsensem. Pięknym jest, by umieć dokonywać wyborów. Być w życiu obecnym, wchodzić w sytuacje, mierzyć się z nimi. Bez dubli, poprawek, kolejnych podejść i cięć. Przecież w życiu „wszystko układa się jak w kinie, jak w niemym filmie….”.

Specyficzny czas pandemii covid z jednej strony we wspomnieniach pozostał traumatycznym zapisem osobistych dramatów, krzyczących nagłówków telewizyjnych, polityków toczących coraz to nowe spory, z drugiej jednak wyjątkowo sprzyjał niespiesznym i ucisznym rozważaniom skierowanym głęboko do wewnątrz, do własnego ja. Dla artystów niekiedy stał się mocnym impulsem dla kreatywności, przełomem. Zmęczenie sytuacją, niepewność jej końca, ograniczone możliwości wyzwalały dodatkowe impulsy twórcze. Tak też się stało w przypadku twórców „Campera”. Pandemia iskrą skrzącą wznieciła ten film. Członkowie ekipy znali się prywatnie. Odtwórcy ról Roberta i Klaudii faktycznie pozostawali w związku. Plan stanowiła kolażowa mozaika tego, co założeniem było reżysera, a tego, co aktorzy wnieśli samymi sobą. Energia niekiedy wytrącała się w różne, nienazwane wcześniej rewiry, w wyniku czego powstawały rzeczy wcześniej niezamierzone. Choć reżyser pracował bez pełnego scenariusza, to figury postaci były zbudowane, tematy, które należało poruszyć określone, a cel tegoż twórczego spotkania nazwany i niezmienny. Chodziło o to, żeby zbliżyć się do niego, ale droga pokazała, że to mijane i przeżywane w jej trakcie epizody stały się ważniejsze niż sama destynacja. 

„Camper” Łukasza Suchockiego to przesycony świetlistą czułością semi-dokument, który w wyjątkowy sposób, eksperymentem kina hybrydowego, porusza całą gamę tematów dotyczących wnętrza człowieka i w bliskich kadrach oraz przestrzeni ciasnego campera, ukazuje próbę docierania do kolejno odkrywanych najgłębszych warstw złożonej natury każdego z nas. Ten eteryczny, wrażliwością zagrany na kinowym ekranie momentami jakby teatr, to nic innego jak pełna przebłysków droga ku dorosłości. Świeżością spojrzenia, uważnością kamery, dojrzałością aktorów, ulotnością chwil reżyser próbował poszukać wskazówek do odpowiedzi na trapiące bohaterów zapytania o sens spełnienia, koszt samoakceptacji, wartość relacji. To kino, które nie dobijając, nie pozostawia obojętnym. Tam światło. I gnocchi (ńokki). I wino. I cieknące, przy każdym kęsie, słodkim, lepkim sokiem pomarańcze. Czapla i żuraw. Bajlando. I morze falą. Ta droga się rozpoczęła. Niech trwa… 

autor: Ola Grądzka
zdjęcia: fotosy