Jak dmuchać przeciwko wiatrowi?
Paweł Smoleński wystukując klawiszami klawiatury, jedna za drugą wyskakujące czarne na białym tle monitora litery, nie składa tylko układających się kolejno liniami wyrazów, tworzących suche, bezbarwne, głuche, niesmaczne zdania i dalej akapity, rozdziały. Autor nie dostarcza tylko faktów, nie jest strażnikiem wiedzy, choć dzieli się nią rzetelnie i skrupulatnie, robi to w charakterystyczny sobie sposób, z właściwą swemu intelektowi i temperamentowi iskrą błyskotliwości, nie tworzy kompendium informacji o Kurdystanie, nie popisuje się tym, co już wie, a cały czas ciekaw pozostaje w doświadczeniu tejże podróży. On nie tylko opisuje co widzi, czuje, smakuje, przeżywa, ale nieustannie dowiadywać się chce. On stale się dziwi. Smoleński zabiera czytelnika pośród żywych ludzi, gdzie przy jednym stole z nimi zasiadając, rozkoszując się zapachem kebaba z jagnięciny, wieczorami racząc mocną aromatyczną herbatą, której Kurdowie parzą bez liku, wsłuchuje się w wyśpiewywane historie, stopami o podłogę wystukując takt ludowych pieśni. Autor kroczy przez bolesne ścieżki kurdyjskich miast, zbacza z głównych dróg na będące świadkiem niemniej dojmujących zdarzeń dukty, dociera do oblanej krwią i naznaczonej głodem tureckiej granicy, Halabdżę, swoją relacją, pozwala zwiedzić z szacunkiem do ofiar, w głębokim przeżywaniu tragedii minionych wydarzeń. Wędrówka nie jest bezdźwięczną ani mdłą relacją reportera, drętwo spisaną z kolejno odwiedzanych miejsc. I choć Smoleński bywa w przestrzeniach, gdzie raczej wyschły już źródła wody, gdzie powietrze stęchło, gdzie atmosfera zgęstniała, a osiadły kurz zdaje się przykrył wszystko mgławą warstwą zapomnienia i ostateczności, to wszędzie tam, swoją pasją odkrywania dociekał, co było. A gdy po latach zdarzało mu się w te same miejsca wrócić, nie wiedział jak rozpoznać, co widzi. Tam wszędzie jednak wciąż było życie… Kurdyjskie życie.

Często przy użyciu języka mówiąc, w słowach przelanych na papier opowiadając, poprzez nazywanie i określenie rzeczy, opisywanie ludzi i zdarzeń, próby nadania znaczeń zjawiskom, roztrwaniamy to, co w doświadczaniu najpiękniejsze. Smoleński pisał sercem, przejmująco, zarazem z wielką erudycją, dociekliwie na miarę profesjonalnego warsztatu zawodowca. W swoich relacjach nie utracił bowiem bojowego charakteru bohaterów, wrażliwości ich serca, kurdyjskiego ducha ani swojej fascynacji tematem. On Kurdów kocha. Ma do nich czułość. Szanuje historię ich pochodzenia. Podziwia za nieustępliwy charakter, wolę walki, hart ducha, chęć rozwoju, ciągłą, mimo kolejno wyrządzanych okrucieństw, determinację, by jako społeczeństwo, jako politycy, mężowie stanu, ojcowie, kobiety, żony, dzieci, wzrastać. Irak Saddama Husajna, nieudane powstania, wojna domowa będącą wynikiem starć fanatycznych zwolenników liderów dwóch spierających się ze sobą partii polityczych, turecka niechęć przybierającą postać czołgów, bombardowań, głodu i krwi w przygranicznych obozach dla uchodźców – fatalne zrządzenia losów pisanych przez historię, nie dobiły kurdyjskich aspiracji. Kurdowie oczami Pawła Smoleńskiego są radością. Kurdowie są silni i spokojni. Być może czasem, gdy niesieni porywami gorącej żarliwości do uzyskania pełnej niepodległości lub pochłonięci idealistycznymi wizjami o świetlanej przyszłości we własnym, wytyczonym granicami, kraju, brakuje im pragmatyczności, zdrowego rozsądku i umiejętności przewidywania. Nie mniej zdolni są do refleksji, potrafią wyciągać wnioski i na tym budować swój lepszy los. Kurdowie są jak góry, jak las, jak drzewo. Honor i duma niczym korzenie, którymi wrośli w ziemię. Potrzeba sprawiedliwości, bohaterstwo i odpowiedzialność to pień. Stanowi on fundament, z wierzchu jest twardy, chropowaty, gdzieniegdzie szorstki, niezwykle silny i potężny, a głęboko wewnątrz, w samym środku tegoż tkwi źródło – serce czułe, miękkie, tkliwe i wrażliwe. Dzięki niemu potrafią kochać, troszczyć się, śmiać, biesiadować, gościć. Koroną drzewa, jej zielonymi liśćmi, spokojem – głowa. Kurdowie to ludzie pełni marzeń, pięknych marzeń. I „choćby wszyscy tureccy celnicy mówili, że Kurdystanu nie ma, ten mały znaczek- czerwień biel i zieleń, a na nich złote rozpromienione słońce- dowodzi, że jednak jest”.





