Korek Bojanowski: Biorę życie w swoje ręce

Fellini, Scorsese, Polański, Lynch. Autorytety?

Każdego podziwiam za coś innego. Felliniego za ogromne bogactwo. Jego twórczość rozpychała się ponad ogólnie przyjęte ramy filmowe.

Wiesz co ostatnio zobaczyłam?

Mam strzelić? „Dolce vita”?

Pudło.

„Osiem i pół”?

Bingo.

Fellini był artystą genialnym, tworzył światy, w których chciałbym się zanurzyć, przebywać z jego bohaterami, doświadczać tego, czego oni doświadczali. To najważniejszy dla mnie twórca. 

Względem niego jesteś bezkrytyczny?

Lekkość snucia, często magicznej, kryjącej w sobie tajemnicę opowieści, przewrotność, ale też umiejetność, nawet przez z pozoru rzuconą anegdotę, dotarcia głęboko do wnętrza bohaterów – to tylko niektóre z cech jego talentu. On jedyny tak zręcznie potrafił ledwie musnąć czyjąś historię i uchwycić przy tym prawdę. Był poruszający, a przecież prowadził wszystko tak lekkim i tanecznym krokiem. To są filmy, za którymi się tęskni. 

Tak jak do ludzi i miejsc…

Ostatnio, w jeden z tych ciepłych letnich wieczorów, kiedy w końcu wróciłem do domu, zrobiłem sobie pokaz „Dolce Vita”. Włączyłem rzutnik, puściłem film i choć znam go na pamięć, ciągle mnie czymś nowym zaskakuje. 

A Scorsese?

Blisko jestem jego bohaterów. Totalnie rozumiem złożoność ich historii, psychikę, targające nimi rozterki. Jakkolwiek nie jest to poharatana dusza, czy w „Taxi Driverze” czy we „Wściekłym Byku”  ja się z nią utożsamiam. Scorsese manifestuje swoją miłość do kina w sposobie dotarcia do serca gangstera czy boksera. On potrafi dogrzebać się do sedna. Jest reprezentantem nowego Hollywood. Cały nurt, w którym zaczynał bardzo mnie inspiruje. Jego rówieśnicy w latach ’70 pchali kino do przodu, jednocześnie czerpiąc z klasyki.

Zauważ z jakim pracowali szacunkiem.

Ogromnym. Polański to według mnie największa filmowa intuicja jaką kino kiedykolwiek posiadało. Czymś zupełnie innym niż u Felliniego była jego lekkość w opowiadaniu historii. Niesamowicie potrafił stwarzać czyste filmowe doświadczenie, z jednej strony bawiąc się kinem, jakby każdy kolejny projekt był przygodą, z drugiej, delikatnie dając dostęp do siebie jako człowieka. 

A Lynch?

Niesamowite jak coś z pozoru błahego i naiwnego potrafił przekuć w geniusz, na przykład w „Twin Peaks”, mieszając operę mydlaną z kryminałem. Balansował na granicy kiczu z absurdem, brutalności z ckliwością, ale zawsze robił to bezkompromisowo. Na maksa intrygująca jest również zagadka i tajemnica jego światów. Wystarczył jeden obraz rozciągnięty w konkretnym czasie, dodany do tego dźwięk i buduje się jakieś dziwne, często przeszywające doświadczenie. Tylko on robił tak ekscentryczne kombinacje i umiał połączyć je sposobem, w którym działały. 

Pięknie opowiadasz.

Niby zmęczony, a tyle gadam.

Wzruszam się. 

Życie właśnie tak należy chłonąć.

Potrzebujesz autorytetów?

Myślę, że każdy, kto chce tworzyć potrzebuje kogoś, kto go otworzy, zmotywuje, da jakąś radę. Ja też czułem taką potrzebę, jednak nigdy nie miałem autorytetu, kogoś, kto chociaż z pozoru był blisko. Mnie nikt nigdy nie wsparł, nie poklepał po ramieniu, nie pociągnął za sobą, nie dmuchnął wiatrem w żagle. W zamian za to przesłuchałem setki godzin podcastów i rozmów z reżyserami, których osobiście niestety nie znam, jak np. Martin Scorsese, a którzy są twórcami genialnymi i od których wiele się nauczyłem. Dziś natomiast nie potrzebuję autorytetów.

Masz lęk wysokości?

Nie, skąd. Klaustrofobię.

To dobrze, bo latasz wysoko.

(śmiech)

Czym jest sukces?

Proste. Jedyną miara sukcesu jest dla mnie możliwość robienia filmów. Wiele osób mówiło, abym na maksa czerpał i korzystał z czasu, kiedy „Utrata Równowagi” jest pokazywana, ale ja czuję inaczej. Ciągle jestem w procesie tworzenia i to mnie nakręca. Czekam tylko na moment, gdy znów wejdę na plan. 

„Utrata…” ma świetny odbiór, jest nagradzana, jeździsz z nią po Festiwalach. Jak Ci z tym?

Nie jestem w stanie tego przeprocesować, bo wszystko dzieje się bardzo szybko. Ale jeśli miałbym się zastanowić, to naprawdę niesamowite, że film, zrobiony za nieduże pieniądze, zostaje doceniany jako wynik pracy debiutantów z dużym sercem. Będąc na planie, nikt z ekipy nie zastanawiał się czy i gdzie „Utrata…” będzie pokazywana, jak zostanie odebrana. Cieszyliśmy się, że dostaliśmy dofinansowanie, że możemy robić coś razem i angażując się na sto procent, szliśmy ramię w ramię. A to, co się teraz dzieje jest sukcesem filmu, którego nie przypisuję na swoje indywidualne konto. Ja chcę już robić kolejny projekt, a „Utrata …” poszła w świat i to ona te nagrody zdobywa.

Otulasz ten film.

To wszystko jest za ważne, by mieć do tego inne podejście. Znam ludzi, którzy z frustracją podchodzą do swojej twórczości. Ja bardzo dużo obcowałem z „Utratą…” sam. Męczącym może być, kiedy sześć razy w tygodniu oglądasz swój film, ale dość szybko dostrzegłem, że dzięki temu mogę w nim coś zmieniać, a przecież nie istnieje nic bardziej inspirującego niż wciąż trwający proces! Tworzyłem więc kolejne wersje dźwiękowe, kolorystyczne, napisy końcowe. Dużo dla tego filmu poświęciłem. Mam 31 lat, „Utratę…” robiłem od 2021, i są to cztery najpiękniejsze lata mojego życia i najważniejsza rzecz, którą jak dotąd stworzyłem. Ta relacja jest trudna, weryfikacja wizji z rzeczywistością okazuje się brutalną, bo film w głowie, a potem na ekranie to dwie różne sprawy, ale bardzo ważne jest, żeby z jednej strony krytycznie do niego podchodzić, a z drugiej strony do końca o niego walczyć i, jak to pięknie nazwałaś, otulać go.

Tobie woda sodowa do głowy nie uderzyła.

Nie ma ani powodu, ani sensu.

I nigdy nie bałeś się, że te nagrody Cię zepsują?

Te nagrody są dla „Utraty…”. 

Skromny jesteś.

Znam historię kina. Były naprawdę genialne debiuty, które nic za sobą nie niosły i kariery, które nigdy nie przeskoczyły debiutów. Trzeba nosić w sobie dużo pokory. Film to potężne medium, ciężkie, drogie, angażujące czas, ludzi, skomplikowane w swych konstrukcjach.

Nie ma w Tobie buty.

Uczę się na własnych doświadczeniach i staram czerpać od innych. Zachłyśnięcie się? To ma tak krótkie nogi, to jest tak bez sensu.

Ale nie trudno się potknąć.

Do sztuki trzeba mieć szacunek. Mnie dużo zajęło, żeby ten pierwszy film zrobić i nie sądzę, że jestem o ten film mądrzejszy. Każdy kolejny stanowić będzie wyzwanie i nie nastawiam się, że będzie mi łatwiej.

Czyli teraz zaczynasz z tego samego punktu jak przed zrobieniem „Utraty…”.

Dokładnie tak. Z taką samą niewiedzą o filmie, z taką samą niepewnością i strachem. Praca przy „Utracie…”  na każdym etapie była długą przeprawą. Każdy na około miał coś do powiedzenia, a ja uczyłem się na bieżąco. Teraz, jeśli chodzi o wejście w film wciąż niewiele wiem, ale co do opinii z zewnątrz wierzę, że łatwiej będzie mi postawić na swoim. Nie zamknę się, oczywiście, na sugestie i dyskusję, ale intuicja szczęśliwie się wyrabia i teraz chcę jej mocniej zaufać.

Wiesz, że „Utrata” ma w sobie czułość.

Cieszę się, że to dojrzałaś i przyjęłaś. Nie jestem wyrobionym filmowcem, nie mam doświadczenia i jedyne, co jako twórca mogę dać od siebie to właśnie szczerość. Tak samo jest teraz, przy drugim filmie. Jeżeli będę prawdziwy w tym, co zrobię i jeżeli nie będzie to wykalkulowane, w tym i tak już oportunistycznym świecie, to sam ze sobą pozostanę w porządku. Ja nic nikomu nie próbuję udowodnić. Chcę po prostu zrobić film.

Czujesz ciężar pokładanych w Tobie oczekiwań? 

Raczej nie. Chcę zrobić kolejny film bez poczucia jakiejkolwiek presji, która jest fikcją, w momencie, gdy tworzę w zgodzie ze sobą.

Kiedy będziesz lepszym filmowcem?

Nie wiem, ale chciałbym być dobrym filmowcem.

Od czego to zależy?

Chodzi o zrozumienie filmu. Kiedy masz dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat, chłoniesz tytuły jeden po drugim, to w naiwny sposób wydaje ci się, że rozumiesz jak działają mechanizmy opowieści, jak to jest montowane, zagrane,  sfilmowane, a potem kiedy sam zaczynasz tworzyć i przychodzi konfrontacja, to okazuje się, że jednak o niczym nie masz pojęcia! Przy kolejnych projektach wydawać się może, że wiesz trochę więcej, a ty tak naprawdę wciąż nie wiesz nic. Film jest zagadką do nieustannego odkrywania…

Możesz do końca tworzyć z poczuciem niewiedzy…

Też mi się tak wydaje. Scorsese ma 82 lata i mówi, że dopiero teraz rozumie, czym są filmy.

Facet, który w wieku trzydziestu czterech lat nakręcił „Taxi Drivera”!

Droga filmowca jest niezaspokojona. Polega na ciągłym poszukiwaniu sposobów, by zgłębiać tajemnicę kina.

1 2 3 4