Bałeś się zrobić „Utratę…”?
Nie. Przez swoje wcześniejsze doświadczenia, wiedziałem jak się do tego debiutu przygotować i wydaję mi się, że w miarę możliwości dobrze tę lekcję odrobiłem. Poza tym nie miałem wobec siebie żadnych oczekiwań. A jeśli chodzi o sam temat, to również nie miałem obaw. Chciałem dostać się do duszy bohaterki i z nią się w tej manipulacji zagubić. Nie było moją intencją, by kogokolwiek napiętnować, wytykać palcem albo w kogoś uderzyć. A jeśli ktoś poczuł się urażony, to nie z mojej winy. Ja nikogo tym filmem nie atakuję.
Mikrobudżet był dla Ciebie zapalnikiem do kreatywności?
Tu również odnieść się można do historii kina. Wielu było twórców, których inwencja budziła się w momencie, gdy mieli ograniczone środki na realizację projektu. Wystarczy obejrzeć „Obywatela Kane” Orsona Wellesa. Mikrobudżet dał mi szansę i starałem się ją wykorzystać w stu procentach. Wiadomo, że fajnie jest, kiedy praca przy filmie daje wszystkim zarobki godne przeżycia. Przy „Utracie…” to się nie wydarzyło, ale czy ktoś narzekał? Nie. Cieszyliśmy się możliwością wspólnego tworzenia.
Filmów chyba nie powinno się robić tylko dla pieniędzy?
Uważam, że głównym motorem powinna być pasja. I niech ona będzie wynagradzana w normalnych stawkach, ale gaże te niech nie stanowią jedynego powodu, dla którego się sztukę robi.
A sporo osób liczy dziś pieniądze, warunki, zachcianki.
I kiedy później patrzę na taki projekt, to te zachcianki, nie mają odzwierciedlenia w sile historii przedstawionej na ekranie.
Mikrobudżet może być słusznym testem dla debiutantów.
Zgadzam się – zrobić tani film i przekonać się, że kompromisy wcale nie działają na niekorzyść projektu, a wręcz przeciwnie, często rodzą coś dużo bardziej kreatywnego i przynoszą lepsze rozwiązania.
Zdajesz się być fanem tego programu.
Generalnie uważam, że należy robić tańsze filmy i w samą produkcję wrzucać mniej pieniędzy. Sztuka powinna rodzić się z pasji.
Pewnie do takiego kina wkrótce wrócimy.
Kino wysokobudżetowe zostanie zjedzone przez efekty specjalne AI, a kino emocjonalne, docierające do widza, będzie tym, czego będziemy szukać. W scenie, gdzie dwoje ludzi siedzi przy stoliku, tak jak my teraz, i rozmawia, na nowo odkryjemy wartość.
Myślisz, że najwięcej ograniczeń nosimy w sobie samych?
To prawdziwe. Jedyną osobą, której miałbym coś udowadniać, jestem ja sam. Czasem czuję się taki spętany. Myślę, że wszystko jest w nas.
Czego Ty się boisz?
Że nigdy nie będę spełniony. Że to się nigdy nie wydarzy.
Jakie filmy chcesz robić?
Ciężkie pytanie.
Nie ma prostych pytań.
Na ciężkie pytania, muszą być proste odpowiedzi.
Wtedy ma to sens.
Dokładnie. Dzisiaj chcę robić kino, które czuję w trzewiach. Debiut jest swego rodzaju krzykiem i myślę, że to widać w „Utracie…”. Pierwszy raz, na swoich prawach, mogłem coś światu powiedzieć.
Teraz będzie ciszej?
Na pewno spokojniej, z dystansem do bohaterów i ich świata. Zastanawiam się, do którego momentu będę miał jeszcze rzeczy do wykrzyczenia.
O czym ta opowieść?
Dla mnie to historia o kolejnym etapie wchodzenia w dorosłość. „Utrata…” była o rozczarowaniu światem, swoimi marzeniami, planami. Tym kolejnym rozdziałem dorastania, właściwym dla osób w naszym wieku, trzydziestokilkulatków, jest czas, kiedy zawodzimy się na sobie samych. Narzekanie na świat i jego wizję, mamy za sobą. Teraz weryfikujemy siebie. Całość dzieje się w Warszawie, o którą wcześnie pytałaś i która mocno mnie inspiruje.
Sam napisałeś scenariusz?
Cały czas go tworzę.
Masz już tytuł?
Pierwszy, roboczy, tak. „The art of spitting”.
Gdy robisz film myślisz o widzu?
Sam oglądam wszystko, od kina mainstreamowego po art-house, jestem bardzo podatnym widzem, który boi się na horrorach, śmieje się na komediach, wzrusza na melodramatach. Tworząc, nie myślę o odbiorcy, często on sam nie wie, co chce zobaczyć, idzie do kina ufając, że czegoś doświadczy. Są ludzie, którzy nie lubią horrorów, a kochają „Lśnienie”. Po prostu trzeba dać widzowi pewien wyrywek prawdy.
Powtarzasz to jak mantrę.
Czuję, że w natłoku filmów, które są wyrachowane, szczerość to siła, która za chwilę będzie na wagę złota. Teraz, w ogóle powstaje za dużo filmów, które w prosty sposób odpowiadają na proste pytania. Być może jesteśmy w takim momencie świata, że potrzebujemy banalnych schematów, ale mnie to zupełnie nie satysfakcjonuje. Dziś kino, i to nie tylko komercyjne, ale również te festiwalowe jest czymś takim przepełnione i skażone. Jedyna prawidłowość, która mnie interesuje to, jak słusznie zauważyłaś, kiedy film na proste pytanie odpowiada w bardzo skomplikowany sposób, albo na bardzo trudne pytanie daje prostą odpowiedź.

